Filmy nowej fali i jazz

Myśleliście kiedyś, jak elegancko wybrać sobie publiczność tworząc coś nowego? Zwykle nie należy to do łatwych rzeczy. Chociaż teraz sztuka rozpaczliwie poszukuje jakiegokolwiek novum, a prawdziwe odkrycia – pomimo kontrowersji – zawsze są miło widziane, to nie zawsze tak było. Tak, wszyscy to słyszeliśmy. Pamiętam, jak kiedyś… Cóż jednak zrobić, jeśli faktycznie – kiedyś było nieco inaczej? Konserwatyzm był bardziej rozpowszechniony wśród zwykłych ludzi, niż pośród dzisiejszych posłów PiSu. Tworząc coś zupełnie odmiennego należało liczyć się z tym, że dzieło może zostać odrzucone przez wszystkich: zarówno krytyków, jak i publikę.

Czy użycie jazzu jako muzyki filmowej to coś nowego? Jasne, że nie! Już kilkanaście lat przed tytułami, które dzisiaj przywołam, używano chociażby swingowych orkiestr (vide Sun Valley Serenade, by nie szukać daleko). Okazuje się jednak, że kiedy nowe zapukało do bram światowej kinematografii, wraz z nim pukali jazzmani.

Na początku był tylko jeden film:

Windą na Szafot

Windą na szafot

Oczywiście, nie jest tak, że po nim nie było już niczego. To on jednak pokazał światu, czym jest francuska nowa fala. Wyjątkowy klimat kryminału, próba dokonania zbrodni doskonałej, a także aktorzy przekonali wszystkich. Nowemu udało się szturmem wpaść na barykady i salony, by pozostać na nich już na zawsze.

Film jest obecnie uznawany za klasyczny. Pośród całej oprawy, która była wyjątkowo równa i stanowiła (i nadal stanowi) prawdziwą ucztę, warto zauważyć muzykę.

Muzykę, którą stworzył Miles Davis. Cały film utrzymany jest w gęstym klimacie noir, który podkreśla oprawa dźwiękowa. Davis zaprosił swojego starego znajomego: osiadłego w Paryżu perkusistę, Kenny’ego Clarke’a[1], a także kilku francuskich muzyków. W ciągu kilku godzin wyimprowizowali cały soundtrack, mając do dyspozycji tylko kilka notatek ikony jazzu.

Dzieło, które stworzyli, do dzisiaj zadziwia. Nie tylko wspaniale uzupełnia film i podkreśla jego klimat, ale także doskonale nadaje się do słuchania w oderwaniu od obrazu. Album o nazwie Ascenseur pour l’échafaud to dzisiaj wielka inspiracja, zarówno dla muzyków koncertujących, jak i dla kompozytorów. Uważny słuchacz dostrzeże na nim to, co miało potem zabłysnąć w pełni na płytach Milestones, a także Kind of Blue. Nie tylko sposób pracy, który potem Davis konsekwentnie powtarzał, ale także pewien określony klimat i brzmienie. W Windzie na szafot spotkały się na chwilę dwa światy – nowa jakość zarówno w filmie, jak i w muzyce.

Na odpowiedź Amerykanów nie trzeba było czekać długo. W końcu Stany Zjednoczone są ojczyzną jazzu, więc siłą rzeczy ktoś w końcu musiał pójść po rozum do głowy. Chociaż wcześniej w filmach udzielały się orkiestry swingowe, a także bardziej dixielandowe i nowoorleańskie gwiazdy (takie jak Louis Armstrong), to ciężko było usłyszeć bardziej nowoczesne podejście. Nikt nie spodziewał się tego, co można usłyszeć podczas oglądania Anatomii Morderstwa.

Anatomia Morderstwa

Anatomia Morderstwa

Ponownie, warto się z nim zapoznać z uwagi na wiele czynników. Scenariusz, aktorzy, a także cała intryga – wszystko jest wyjątkowo starannie dobrane i świetnie zrealizowane. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, iż dzieło może być potraktowane jako instruktaż dla młodych amerykańskich prawników. Zawiera bowiem kompletny proces z punktu widzenia obrońcy.

Jak ma się jednak sprawa z oprawą muzyczną?

W bardzo nowoczesnej, wręcz progresywnej odsłonie pokazuje się tu sam Duke Ellington[2]. Chociaż nie jest to standardowe brzmienie orkiestry Księcia, to jednak jest wyjątkowo ciekawe i majestatyczne. Pomimo faktu, iż soundtrack dobrze uzupełnia film, to podejście kompozytora jest mocno nowofalowe – muzyka nie jest już nierozerwalnie i ściśle zniewolona przez to, co dzieje się na ekranie. Muzyka filmowa w ścisłym tego słowa znaczeniu zaczyna być odrębna i samodzielna, chociaż jeszcze nie całkowicie.

Anatomia Morderstwa z nową falą ma tyle wspólnego, co utwory Comy z poezją; pomimo to niosła w sobie pewien ładunek nowatorstwa. Nie tylko muzyka, ale także sama treść nie była tak oczywista, jak dotąd; jest to jeden z pierwszych mainstreamowych filmów, w których mówi się (i to dość dużo) o seksie, a w całej sprawie przewija się dość mocno wątek gwałtu. Film został zakazany w Chicago, jednak dość szybko szlaban podważono decyzją sądu. Można stwierdzić, że jest to jedno z dzieł, które znacząco przesunęły granice cenzury w Stanach Zjednoczonych.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Francji, by nacieszyć się doskonałym debiutem Godarda.

Do utraty tchu

Do utraty tchu

To coś, czego nie może zabraknąć w tym zestawieniu. Nadal trzymamy się nowej fali i czegoś, czego dotąd jeszcze nie było. Francuzi chyba bardzo polubili modny w tamtym czasie klimat noir, bo i w tym filmie można go wyczuć. Poza małą rewolucją związaną z jump-cuts[3], pogłoskami o tym, że film realizowano bez scenariusza, a także wybiciem się głównego aktora – Jeana-Paula Belmondo… nie, stop. Wymieniać można naprawdę długo. Przejdźmy do muzyki.

Za oprawę dźwiękową odpowiedzialny jest gość o imieniu Martial Solal. Jest (bo nadal żyje) pianistą, a dzięki niemu w filmie usłyszeć możemy naprawdę dużą różnorodność. Od małych składów, poprzez big-band, aż po mniej lub bardziej typowe mieszanki instrumentów. Całość świetnie wpasowuje się w klimat, chociaż jeśli mam być szczery, daleko mi do bezbrzeżnego zachwytu niektórych. Mimo wszystko, jest to soundtrack i wypada o niebo lepiej podczas oglądania, niż słuchany odrębnie.

Po tym wszystkim może paść pytanie: a co na to Polska? Prawdopodobnie pytający drwiąco się uśmiechnie, chcąc szybko dopowiedzieć, że jak zwykle: Polska była trzydzieści lat za Murzynami (a w przypadku jazzu to dość dużo). Miło mi zatem niejako obronić honoru naszej ojczyzny.

Niewinni czarodzieje

Niewinni czarodzieje

To tytuł, który zdecydowanie pasuje do mojego zestawienia, do tego niejako pokazuje całość od naszego podwórka. Paradoksalnie, czarno-białe ulice polskiego socjalizmu mają nie mniejszy urok niż Paryż. A ponieważ dzieło Wajdy gatunkowo uznawane jest za nową falę, to można świetnie prześledzić, w czym różni się od tej międzynarodowej.

Żeby nie przedłużać niepotrzebnie: każdy, kto będzie chciał dowiedzieć się czegoś o filmie, szybko dotrze do frazesów typu ‘teatr dwojga aktorów’, ‘błyskotliwe dialogi’, ‘cynizm’. No i bardzo fajnie, bo ciężko napisać bez tego cokolwiek konstruktywnego. Nie mam jednak zamiaru pisać o bohaterach i fabule – to ujrzy każdy, kto włączy film. Można go obejrzeć legalnie i za darmo na YouTube, gdzie został udostępniony przez studio KADR.

Trzeba więc zmierzyć się z legendą i przejść do rzeczy. Krzysztof Komeda. W tym filmie nie tylko jako kompozytor, ale i jako aktor.

Jak wypada Komeda na tle poprzedników? Stoi w szeregu razem z takimi tuzami, jak Davis czy Ellington, a i Solal nie wypadł sroce spod ogona.

Wypada całkiem nieźle, chociaż uczciwie muszę przyznać, że nie ma – jak dla mnie – zbyt dużych szans w tej konkurencji. Polskie podwórko jazzowe, chociaż w tamtym okresie miało już co pokazać, nadal nie dorastało do pięt amerykańskiemu.[4] Zresztą, to akurat nie zmieniło się nigdy; ważne, że muzyka jest dobra. Wskazałbym również, że pewna ‘polskość’ oprawy dźwiękowej jest raczej lepsza, niż gorsza; pewnej przaśności nie udało się uniknąć, ale i tak jest o wiele lepiej, niż można się spodziewać.

Biorąc pod uwagę fakt, ile miejsca już wykorzystałem, pozostaje mi jedynie polecić każdy z opisywanych filmów. Mam jednak nadzieję, iż część Was zwróci uwagę na to, że za niektórymi zmianami i postępem kryli się jazzmani…


[1] Postaram się bez dalszych dygresji, ale czasem po prostu się nie da. Dzięki Kenny’emu Clarke’owi walking w jazzie każdy bębniarz gra na talerzu, a nie na stopie. To dzięki niemu kolejne pokolenia muzyków mogły dorastać, słysząc cokolwiek.

[2] Standardowo, muzyka nie jest autorstwa tylko Ellingtona; część tematów napisał Billy Strayhorn. Ponoć tym razem napisał stosunkowo mało. Ponieważ Duke prawie zawsze podpisywał się jako autor tego, co wymyślił Strayhorn, ciężko to stwierdzić.

[3] Polecam użycie wujka Google każdemu, kto chciałby dowiedzieć się, na czym to polega i dlaczego było tak innowacyjne.

[4] Na tym zakończę ten wątek, bo to temat na naprawdę długą i bezcelową dyskusję, w której jedna osoba opowiada drugiej o tym, o czym wiedzą wszyscy. Całość kończy się najczęściej w tym samym czasie, co cierpliwość dyskutanta, który jest karmiony komunałami i wiedzą powszechną.

Marcin Łukasiewicz

Strona zespołu jazzowego Marcina

Liczba komentarzy: 5

  • 5
    Kawał dobrej muzyki! Widać, że autor zna się na tym, o czym pisze. Ciesze się, ze nie zapomniałeś o naszym polskim podwórku.
  • Obowiązkowo – Sjesta (Marcus Miller i Miles Davis)
    • Marcin Łukasiewicz

      27 lutego 2014 o 12:29
      0
      Jesteś pierwszą osobą, która poleca ten film. Do tej pory spotykałem się jedynie z opiniami (nie tylko w internecie, ale też od znajomych mi osób), iż to wątpliwej jakości dzieło nadaje się jedynie do rozpalania ogniska. Chyba, że masz na myśli tylko soundtrack.
  • Lew Nikołajewicz

    27 kwietnia 2014 o 22:46
    1
    Wstyd zapomnieć o Cassavetesie i jego Shadows (1959, muz. Ch. Mingus)