Ranking filmów Smarzowskiego

Ludzie często z dystansem podchodzą do rodzimej kinematografii. A szkoda! Karmimy się amerykańskimi historyjkami, podczas gdy mamy pod nosem prawdziwego wirtuoza filmowych fabuł. Wojciech Smarzowski to jeden z nielicznych twórców, którzy swoimi filmami potrafią zarówno rozbawić do łez, jak i zostawić w wielkim egzystencjalnym nieładzie. Polacy krytykują jego filmy za pesymizm i przesadne uwypuklanie brudu i amoralności. Wytyka się Smarzowskiemu również to, że nie wprowadza na ekran żadnych pozytywnych postaci. Może i jest w tym gadaniu coś uzasadnionego, jednak wypadałoby po prostu pogodzić się z wizją reżysera. Smarzowski to nie tylko sprawny filmowy rzemieślnik, to również Artysta przez duże „A”.

Próżno szukać w Polsce drugiego takiego reżysera, który z równą pasją oddawałby się tworzeniu filmowych rzeczywistości. Produkcje Smarzowskiego tętnią życiem. Nie tym pięknym i radosnym, lecz tym codziennym. Główne atuty filmów Smarzowskiego to temat na oddzielny artykuł. W tym przedstawię wyłącznie subiektywny ranking jego dotychczasowych produkcji. Warto pomówić o tym już teraz, bo z pewnością trafiający w styczniu do kin film „Pod Mocnym Aniołem” będzie w stanie mocno zamieszać w tym rankingu.

Miejsce 5 – Małżowina (1998)

Małżowina

Reżyserska wprawka Wojciecha Smarzowskiego. Historia pisarza, który wprowadza się do zapuszczonego mieszkania w ubogiej dzielnicy warszawskiej, by tam spróbować napisać nową książkę. Warto obejrzeć choćby dla cynicznej narracji prowadzonej przez poetę, Marcina Świetlickiego grającego główną postać. Życie bohatera to zapętlony ciąg rytuałów. Bohater pije, pali, wymiotuje. Dni spędza na pisaniu i tworzeniu fikcji, która coraz bardziej zaczyna przejmować kontrolę nad jego życiem. To wszystko sprawia, że trudno powiedzieć, co jest prawdą, co pijackim zwidem, a co literacką fikcją.

Film znacznie różni się od późniejszych produkcji Smarzowskiego. Głównie jednak za sprawą względnie amatorskiego wykonania, gdyż można dostrzec w „Małżowinie” tendencje charakterystyczne dla tego, co byłoby można określić mianem „smarzowszczyzny”. Na wyróżnienie zasługują pomniejsze role grane przez takie osobistości jak Maciej Maleńczuk i Muniek Staszczyk.

Miejsce 4 – Dom zły (2009)

Dom zły

Najcięższa i najmroczniejsza produkcja Smarzowskiego. Akcja filmu rozgrywa się na dwóch planach. Pierwszy z nich to wizja lokalna z oskarżonym o morderstwo Edwardem Środoniem (Arkadiusz Jakubik) i zbiorowością Milicji Obywatelskiej. Osią napędową fabuły jest jednak plan retrospektywny – historia życia Środonia ze szczególnym uwzględnieniem pewnej deszczowej nocy, podczas której główny bohater zatrzymuje się z przypadkową wizytą u małżeństwa Dziabasów – w tych rolach Marian Dzięciel i Kinga Preis.

Środoń i Dziabasowie są siebie warci. Przebywający w tytułowym „domu złym” bohaterowie pod maską uprzejmości skrywają to, co najgorsze w człowieku: zakłamanie, egoizm, chciwość i słabość do brudu. Dwoma słowami – najpospolitsze zło. Śmiechu w tym filmie względnie mało, choć trudno nie zaśmiać się przy historii marnotrawnego syna Janusza (Piotr Głowacki) oraz przy rozwikłaniu zagadki wiejskiego podpalacza. Na osobną uwagę zasługuje Porucznik Mróz (Bartłomiej Topa) – pozytywna postać tego filmu, która mimo dobrych chęci nie jest w stanie niczego zmienić.

Czym tak właściwie jest dom zły? Zwykłym domostwem? Polską? Światem? Miejscem, w którym szczególnie skumulowały się ludzkie słabości? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć…

Miejsce 3 – Róża (2011)

Róża

Najwyżej oceniany i najbardziej nagradzany film Smarzowskiego. Mnie osobiście tak bardzo urzeka. Może dlatego, że jest poważny, trochę zbyt poważny. Film obfituje w brutalne sceny ukazujące ludzkie wojenne zezwierzęcenie, wyrzeczenie się wszelkich wartości na rzecz najpospolitszych instynktów. W tym nieludzkim środowisku doszło jednak do czegoś niespodziewanego – miłości, miłości dwojga ludzi z różnych światów.

Akcja filmu rozgrywa się latem 1945 roku na Mazurach. On, Tadeusz (Marcin Dorociński) – były żołnierz AK, widzący na własne oczy morderstwo na żonie połączone z gwałtem. Ona, Róża (Agata Kulesza) – wdowa po wermachtowcu, nękana przez rosyjskich szabrowników oczekujących od niej specjalnych usług, próbująca ochronić najbliższych. Okoliczności nie sprzyjają, mimo że w takim otoczeniu człowiek bardziej potrzebuje drugiego człowieka. Mężczyzna postanawia wziąć pod opiekę kobietę, ona zaś odwdzięcza mu się prawdziwym uczuciem.

We wcześniejszych filmach Smarzowskiego pozytywni bohaterowie nigdy nie byli tak bardzo na pierwszym planie. Jest to jeszcze bardziej przytłaczające, gdyż łatwiej oglądać niegodziwców w niegodziwym świecie od dobrych ludzi w bestialskim otoczeniu. Pozostali bohaterowie stanowią dalszy plan, nie przykuwają szczególnej uwagi, choć dodają czasem kolorytu mrocznej mazurskiej scenerii.

Miejsce 2 – Drogówka (2013)

Drogówka

„Drogówka” to historia siedmiu policjantów, których połączyć można z popularnym w kinematografii motywem siedmiu grzechów głównych. Film, który należy obejrzeć dwa razy. Pierwszy raz dla ujrzenia chaotycznie połączonych ze sobą epizodów z życia pracowników warszawskiej drogówki, drugi – dla poskładania wszystkich elementów układanki i dostrzeżenia fatalizmu w losie głównego bohatera.

Produkcja Smarzowskiego bawi. Może i żartami niezbyt wyrafinowanymi, jednak czy po pracownikach drogówki powinniśmy oczekiwać wysublimowanego poczucia humoru i zmyślnych gier słownych? Oczywiście, że nie! Produkcja świetnie oddaje humor człowieka prostego, jego koszarowe żarciki i nieumiarkowane korzystanie z modnych internetowych tekstów. Najwięcej śmiechu dostarczy z pewnością Petrycki (Arkadiusz Jakubik) – koneser prostytutek i seksu pod każdą postacią. Uśmiech wywoła również bogata wideoteka Lisowskiego (Marcin Dorociński), który telefonem komórkowym zdołał uchwycić wiele mniej lub bardziej zabawnych zachowań ludzi zaskoczonych kontrolą drogową.

Główna rola w filmie przypadła Bartłomiejowi Topie, który ponownie wcielił się w bezradnego funkcjonariusza. Sierżant Król to najbardziej pozytywna postać tego filmu, choć trudno byłoby określić ją jako jednoznacznie pozytywną. Końcowa refleksja po seansie podobna jest do tej z „Domu złego”. Może i widz bardziej uśmieje się przy tej produkcji, jednak komizm ten nie umniejszy w ogóle goryczy ostatecznej konkluzji. Wręcz przeciwnie!

Miejsce 1 – Wesele

Wesele

Jak dla mnie – absolutny majstersztyk! Twarze te same, co i w innych produkcjach Smarzowskiego, jednak w tym filmie wypadły wyjątkowo przekonująco. Świetne kreacje aktorskie, które śmieszą i powalają autentycznością. „Wesele” to satyra na Polskę i Polaków. Reżyser wykpiwa ludzkie i narodowe przywary, lecz nie czyni tego w sposób obcesowy. Nawiązanie do arcydzieła Wyspiańskiego nie jest przypadkowe. Bohaterowie Smarzowskiego także żyją własnymi potrzebami, z tą różnicą, że na koniec nie są w stanie nawet zatańczyć chocholego tańca. Są na to zbyt pijani: śpią, chodzą skacowani bądź też nawet dopiero kończą picie.

Wbrew pozorom „Wesele” nie skupia się przede wszystkim na losach młodej pary – w tych rolach Bartłomiej Topa i Tamara Arciuch. Na pierwszy plan wysuwa się Wiesław Wojnar (Marian Dzięciel), ojciec panny młodej, starający się o to, by rodzina wyszła z twarzą po przypadkowym zaciążeniu córki. W tym celu przeprowadza szereg ciemnych interesów i wydaje ostatnie oszczędności. Wszystko po to, by ludzie na długo zapamiętali wesele u Wojnarówny. Trzeba w końcu dbać o reputację wśród społeczności wsi!

Na specjalne wyróżnienia zasługują Arkadiusz Jakubik i Jerzy Rogalski. Ich postacie stanowią najjaśniejszy punkt drugiego planu, choć w zasadzie trudno byłoby znaleźć w „Weselu” postać, która nie wniosłaby czegoś interesującego do fabuły. Cała obsada zasługuje na oklaski! Warto wspomnieć również o Tymonie Tymańskim, który odpowiadał za muzykę w filmie, wcielając się przy okazji w trzecioplanową postać – lidera kapeli weselnej.

„Wesele” to kopalnia cytatów i wiejskich mądrości. Kto nie widział, niech zobaczy, bo próżno szukać w polskiej kinematografii drugiego takiego obrazu, który tak dobrze potrafiłby rozbawić, ukazując dodatkowo dość dramatyczną fabułę. Do „Wesela” się wraca. Jeśli nie poprzez seans, to myślami, gdyż próżno wyrzucić z głowy takie sceny jak konkurs dla prawdziwych mężczyzn czy też pijackie odśpiewanie „Roty”.

Kamil Gołdowski

Liczba komentarzy: 5

Jaki jest Waszym zdaniem najlepszy film, który rozgrywa się w jednym pomieszczeniu?