Świeżo po premierze: „Pod Mocnym Aniołem”. O alkoholizmie w polskim kinie.

Pod Mocnym Aniołem (2014)

Pod Mocnym Aniołem

– Po co się budzić, skoro na jawie jest jeszcze gorzej? Jawa jest jednym wielkim powodem do picia.
– Skoro pijesz we śnie i na jawie, tak naprawdę nie wiesz, jak jest na jawie.

Temat alkoholizmu polska kinematografia podejmowała niejednokrotnie. „Pętla”, „Cześć, Tereska”, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, „Żółty szalik”, „Wszystko będzie dobrze” – to tylko część dość obfitej puli polskich filmów opowiadających historie alkoholików. Skąd taka popularność tego tematu w polskiej kulturze? Odpowiedź jest prosta – lubimy wypić. Z tego powodu rodzimi twórcy kultury lubią nam raz na jakiś czas przypomnieć o tym, do czego prowadzi nadmierne picie.

Lekcja to gorzka i cierpka niczym gorzała, lecz wszyscy ją doskonale znamy. Przyswoił ją doskonale już dużo wcześniej sam Wojciech Smarzowski. Lejąca się strumieniami wódka to jeden ze znaków rozpoznawczych jego filmów. Pili goście weselni w „Weselu”, pili Dziabasowie ze Środoniem w „Domu złym”, pili policjanci z „Drogówki”. Za każdym razem pijaństwo miało opłakane skutki. Tym razem reżyser pochyla się jednak nad problemem picia w inny sposób. Skupia się na ludziach, którzy próbują walczyć ze swoim nałogiem.

Żółty szalik (2000)

Żółty szalik

Czy potrzebny nam kolejny film o będących w szponach alkoholowego nałogu? Czy „Pod Mocnym Aniołem” Wojtka Smarzowskiego zmienia w jakikolwiek sposób nasze dotychczasowe postrzeganie problemu alkoholizmu? By odpowiedzieć na te pytania, należy dokładnie przyjrzeć się temu, w jaki sposób został zrealizowany nowy film kontrowersyjnego reżysera.

Człowiek pisze książkę i wydaje mu się, że gdy książka pójdzie między ludzi, to zmieni się świat – a to jest bardzo wielkie złudzenie. A pisać bez wiary, że pisanie zmieni świat, niepodobna.

Wojciech Smarzowski nie stworzył tym razem autorskiego scenariusza, sięgnął po książkę Jerzego Pilcha. Wydawać, by się mogło, że wszystko w tym filmie powinno działać jak należy. U Smarzowskiego nadużywanie alkoholu obecne jest już od debiutanckiej „Małżowiny”. Jerzy Pilch także udowodnił więcej niż jeden raz, że potrafi stworzyć przekonujący literacki portret alkoholika. Przypomnę w tym miejscu, że to właśnie on odpowiadał za scenariusz „Żółtego szalika”, filmu Janusza Morgensterna ze świetnym Januszem Gajosem w roli głównej.

Dla większości obsady odegranie osoby nadużywającej alkoholu nie było zadaniem nowym. Reżyser stawia na sprawdzową ekipę, która miała okazję umoczyć dzioba już przy okazji kręcenia wcześniejszych produkcji. Co więcej, Robert Więckiewicz grał już raz głównego bohatera, który jest alkoholikiem. Mam tu na myśli Andrzeja, nauczyciela wf-u z „Wszystko będzie dobrze”.

Wszystko będzie dobrze (2007)

Wszystko będzie dobrze

Wychodzi z tego, że wszystko w tej mieszance jest sprawdzone i że nie ma w niej żadnego niepewnego elementu. To wszystko sprawiło, że do kina poszedłem z wyjątkowo pozytywnym nastawieniem. Nie przypuszczałem, że cokolwiek będzie w stanie mnie zawieść. Chyba tym razem zbyt bardzo zaufałem Smarzowskiemu. Seans przebiegłby mi o wiele przyjemniej, gdybym podszedł do niego z choćby minimalnym niepokojem…

Piję, bo piję. Piję, bo lubię. Piję, bo się boję. Piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili. Piję, bo mam słaby charakter. Piję, bo coś mi się przestawiło w głowie. Piję, bo jestem zbyt spokojny i chcę się ożywić. Piję, bo jestem nerwowy i chcę ukoić nerwy. Piję, bo jestem smutny i chcę rozweselić duszę. Piję, kiedy jestem szczęśliwie zakochany. Piję, bo daremnie szukam miłości. Piję, bo jestem zbyt normalny i potrzebuję odrobiny szaleństwa. Piję, gdy coś mnie boli i chcę ukoić ból. Piję z tęsknoty za kimś. I piję z nadmiaru spełnienia, kiedy ktoś przy mnie jest. Piję, kiedy słucham Mozarta i kiedy czytam Leibniza. Piję z powodu cielesnego uniesienia i piję z powodu seksualnego głodu. Piję, kiedy wypijam pierwszy kieliszek, i piję, kiedy wypijam ostatni kieliszek, wtedy piję tym bardziej, ponieważ ostatniego kieliszka nie wypiłem nigdy.

To wyznanie głównego bohatera tej historii – Jerzego (Robert Więckiewicz), zniewolonego przez nałóg pisarza, który za sprawą determinacji i ludzi, których spotyka, podejmuje próbę odstawienia złowrogiej gorzały. Próba to trudna i wymagająca, a sam bohater jest przecież w gruncie rzeczy tylko pijakiem, takim samym jak krocie innych pijaków przewijających się przez gabinet doktora Granady (Andrzej Grabowski). Pijak to człowiek słaby, ale jedna rzecz wychodzi mu w życiu wyśmienicie – znajdowanie coraz to nowszych usprawiedliwień swojego picia. Kolejni delirycy prześcigają się w wymówkach, prześcigają się też w opowiadaniu swych przesiągniętych wódką życiorysów. Tego wszystkiego wysłuchuje nie tylko personel oddziału dla deliryków, historii tych słucha również Jerzy, który jako pisarz świetnie radzi sobie z przelewaniem słów towarzyszy niedoli na papier prywatnych dzienników odczytywanych na spotkaniach grupy.

Wszyscy jesteśmy Chrystusami (2006)

Wszyscy jesteśmy Chrystusami

„Pod Mocnym Aniołem” to mozaika pijackich opowieści połączonych wspólnych mianownikiem. Zestawienie to pozwala dostrzec, że problem alkoholizmu dotyka w Polsce wszystkich warstw społecznych – zarówno prostaczków, jak i działaczy kultury, nauki i Kościoła. Montaż, jak przystało na Smarzowskiego, jest chaotyczny, ale nie wypada oczekiwać spójności i chronologii w historiach pijaków przetworzonych dodatkowo przez pisarza-pijaka. Jakikolwiek porządek mógłby jedynie zaburzyć skrupulatną konstrukcję pijackiego chaosu. Film nieustannie przeskakuje pomiędzy szpitalem, barem „Pod Mocnym Aniołem” a miejscami związanymi z pojedynczymi historiami każdego z bohaterów. Życiorysy bohaterów są różne, choć w gruncie rzeczy takie same.

Generalnie problem polega na tym: jak pogodzić głębię pijanej duszy z płycizną pijanego ciała? Jak to wyjaśnić i jak to uzgodnić? Jak w ogóle połączyć najwyższe uwznioślenie duszy ze straszliwym pawiem? Jaką czarną nicią połączyć fantastyczną i kreacyjną lekkość z prześcieradłem nazajutrz czarnym od potu? Jaki jest związek pomiędzy wieczorną odwagą, brawurą a porannym lękiem, trwogą?

Jerzy Pilch poradził sobie z opisaniem życia deliryka w sposób wysublimowany. Jeśli mam być szczery – zabrakło mi tego u Smarzowskiego. Pijacy piją, a potem rzygają, szczają i bełkoczą, rozwalając przy okazji swoje życie. Dostrzeżenie tego nie jest odkryciem na miarę Ameryki, więc nie rozumiem, dlaczego reżyser najwięcej uwagi poświęcił właśnie „płyciźnie pijanego ciała”. Treści żołądkowej w filmie przelewa się wyjątkowo dużo i nie byłoby w tym niczego złego, gdyby tylko było w tym więcej treści merytorycznej. Nie mówię, że nie ma jej wcale, mogłoby po prostu być jej więcej. Ekipa filmowa poradziła sobie świetnie z odtworzeniem pijackiej pętli, ciągu picie → upodlenie → odwyk → próba poprawy → picie. Oglądanie następnego z kolei okrążenia tego koła może być nużące, jednak w wiarygodny sposób ukazuje mechanizmy myślowe alkoholika. Szkoda tylko, że obraz filmowy z czasem zabrnął za daleko w mrok. Doceniałem Smarzowskiego do tej pory za to, że z wyczuciem potrafił zrewidować najbrudniejsze meandry naszych osobowości. W przypadku „Pod Mocnym Aniołem” wszystko to stało się zbyt karykaturalne, Smarzowski naturalizm przekształcił się w turpizm. Zabieg ten tylko odrealnił całą historię, a odrealnioną opowieść trudniej jest przyswoić. Już podczas „Drogówki” było można odczuć zmęczenie scenami niewyrafinowanej kopulacji, w przypadku „Pod Mocnym Aniołem” męczy to jeszcze bardziej. Brakuje w tej adaptacji jakiegoś jasnego punktu, światełka w tunelu, które kontrastowałoby z tzw. „ciężkimi” scenami. Choć co w nich takiego ciężkiego, skoro przy przedawkowaniu zaczynają zwyczajnie nudzić?

Pętla (1957)

Pętla

Na pochwałę zasługują sceny z delirycznymi zwidami Jerzego. Świetnym pomysłem było wprowadzenie „duchów” pisarzy-alkoholików: Wieniedikta Jerofiejewa, Charlesa Bukowskiego i Hansa Fallady. Sceny z zataczającym się Jerzym, który mimowolnie słucha słów dzielących jego los literatów, naprawdę robią wrażenie. Dodatkowej mocy tym ujęciom dodała idealnie dobrana warstwa muzyczna. Mikołaj Trzaska wywiązał się z powierzonego zadania, przez co sceny z pisarzami wypadły niepokojąco i przerażająco. Przy okazji widziadeł warto wyróżnić też Adama Woronicza, który jako Anioł urzekł mnie swoimi kwestiami. Szkoda tylko, że zobaczyliśmy go względnie niewiele, gdyż sądzę, że akurat jego „postać” była w stanie rozjaśnić cały obraz.

Oni wszyscy pili z tych samych, choć niekiedy też z innych jeszcze powodów. Pili, bo ojciec był zbyt surowy, i pili, bo matka była zbyt łagodna. Pili, bo wszyscy wkoło pili. Pili, bo pochodzili z rodzin pijackich, i pili, bo pochodzili z rodzin, w których od pokoleń nikt nigdy nie umoczył dzioba. Pili, bo Polska była pod moskiewskim jarzmem, i pili w euforii po wyzwoleniu. Pili, bo Polak został papieżem, i pili, bo Polak dostał Nobla, i pili, bo Polka dostała Nobla. Pili za zdrowie internowanych i piciem czcili pamięć zamordowanych. Pili, gdy byli sami, i pili, gdy ktokolwiek pojawił się obok nich. Pili, kiedy Polska zwyciężała, i pili, kiedy Polska przegrywała.

Robert Więckiewicz w swojej roli wypadł wiarygodnie, przekonał mnie zarówno podczas pijackiego bełkotania, jak i wygłaszania wzniosłych wyznań i literackich refleksji. Pod względem aktorskim „Pod Mocnym Aniołem” wypada wyśmienicie. Julia Kijowska sprawdziła się w swojej roli, a oddział deliryków wypadł przekonująco. Andrzej Grabowski fantastycznie zagrał rolę niepijącego ordynatora, który z politowaniem wysłuchuje tłumaczeń pacjentów, powracających jak bumerang na jego oddział. Nie zawodzi również Izabela Kuna, która wcieliła się w Katarzynę, jedną z pracowniczek prowadzących terapię z pacjentami.

Co można powiedzieć o postaciach pacjentów? Można jedynie żałować, że poświęcono im względnie mało czasu. W książce Pilcha mogliśmy naprawdę dobrze poznać tych ludzi, ich emocje i doświadczenia. W filmie zabrakło na to czasu, przez co niektóre postacie prezentują się niedołężnie i karykaturalnie. Trudno nazwać je ludźmi z krwi i kośćmi. Mamy kierowcę ciężarówki (Arkadiusz Jakubik) wymiotującego na biurko szefa, mamy księdza (Jacek Braciak) robiącego to samo podczas mszy, mamy też sikającego przez spodnie reżysera (Marcin Dorociński). To wszystko może śmieszyć, lecz szkoda, że szansa na ukazanie pełnokrwistej pijackiej społeczności została zaprzepaszczona. Drugi plan został potraktowany po macoszemu. Jedynie Iwona Bielska otrzymała sposobność do tego, by jej Królowa Kentu mogła zostać głębiej zarysowana. Szkoda, że podobnej możliwości nie otrzymał Jacek Braciak, gdyż w granym przez niego Krzysztofie Kolumbie tkwił wielki potencjał.

Ciekawym posunięciem ze strony Smarzowskiego było obsadzenie niektórych aktorów w podwójnych rolach. Marian Dziędziel, poza rolą pacjenta-policjanta, zagrał też przodka głównego bohatera, obłąkańczego dziadka Kubicę, któremu trudno było pogodzić się z faktem, że przez pijaństwo rozprzedał majątek. Andrzej Grabowski zagrał dwóch lekarzy o zupełnie różnych osobowościach. Jego doktor Swobodziczka to przeciwieństwo doktora Granady: lubi wypić i zapalić, nawet w obecności dziecięcego pacjenta. Mimo tego, cieszy się powszechnym szacunkiem i nikt nie chce wykluczyć go ze wspólnoty. Zabieg ten uwypukla ciągłość w dziejach ludzkości – te dwie pomniejsze dodatkowe role pojawiają się w scenach retrospektywnych. Można powiedzieć, że Andrzej Grabowski leczył Jerzego przez całe życie, najpierw jako dr Swobodziczka, później jako dr Granada. Dziadek Kubica to po prostu przodek obecnych Polaków. Dostrzec w nim możemy typowe dla nas przywary.

Prawdziwa deliryczna proza nie kończy się śmiercią: kończy się życiem, które nie wiadomo jak się kończy.

„Pod Mocnym Aniołem” Wojciecha Smarzowskiego to dobry film, którego pierwotny potencjał nie został do końca wykorzystany. Obejrzeć niewątpliwie warto, jednak nie jestem przekonany do tego, czy jest to film do którego warto będzie wracać. Smarzowski stworzył już lepsze filmy, w tym nakręcił jakby pastisz na własną twórczość. Na tle polskiej kinematografii „Pod Mocnym Aniołem” wciąż wypada dobrze, lecz od samego Smarzowskiego powinno oczekiwać się dużo więcej.

Trudno powiedzieć, co wpłynęło na to, że coś ostatecznie film rozczarowuje. Być może to kwestia tego, że reżyser po raz pierwszy zabrał się za adaptację tematu książkowego, być może lepiej wychodzą mu stworzone od podstaw przez siebie historie. Poza tym – w dotychczasowych filmach Smarzowskiego (nie licząc „Małżowiny”) akcja była wyraźna, po prostu filmowa. W przypadku „Pod Mocnym Aniołem” o czymś takim nie mogło być mowy, przez co film nie wciąga tak jak chociażby „Róża” czy „Drogówka”. Możliwe też, że reżyser zachłysnął się stworzoną przez siebie smarzowszczyzną. W końcu jego styl filmowy jest powszechnie rozpoznawalny. Dla samej marki nie warto było rezygnować ze wszelkiej sposobności do wprowadzenia „ciężkiej” sceny. Istnieje też prawdopodobieństwo, że za dużo oczekiwałem od tego filmu, przez co teraz jestem zawiedziony. Cóż, więcej już nie powtórzę tego błędu i do następnego filmu Smarzowskiego podejdę z pewną dozą niepokoju.

„Pod Mocnym Aniołem” nie wnosi nic nowego do postrzegania problemu alkoholizmu. Człowiek jest bezsilny wobec nałogu i wplecione gdzieniegdzie sceny komediowe tego przekazu nie zacierają. Byłoby miło, gdyby ktoś pod wpływem odrażających obrazów tego filmu postanowił bardziej zapanować nad swoją techniką picią. Czy tak się jednak stanie? Po seansie „Pod Mocnym Aniołem” trudno być optymistą, gdyż bar, puste mieszkanie i szpital są w stanie przekształcić się w życiu człowieka w wyjątkowo paskudny trójkąt bermudzki.

Cytaty za: J. Pilch, Pod Mocnym Aniołem.

Kamil Gołdowski